Skocz do zawartości

capodanno

Pomocnik
  • Zawartość

    399
  • Rejestracja

  • Ostatnio

  • Wygrane dni

    5

capodanno wygrał w ostatnim dniu 1 Grudzień

capodanno ma najbardziej lubianą zawartość!

Reputacja

19 Dobra

O capodanno

  • Ranga
    Doświadczony
  • Urodziny 19.05.1999

Informacje o profilu

  • Płeć
    Mężczyzna
  • Skąd
    Nowy Sącz/Kraków
  • Zainteresowania
    fajerwerki, astronomia, turystyka, geografia,lotnictwo

Ostatnio na profilu byli

4367 wyświetleń profilu
  1. capodanno

    PiroArt.eu

    TXB023 Sorbet. Zakleiłem ją od spodu, już nic nie leci, ale trochę się sypło.
  2. Nowa pirotechniczna copypasta, może jeszcze nie wszyscy widzieli :D :

    Mój pies miał taką traumę, że majątek wydałem na psychologa. Musieliśmy się cofnąć do okresu szczeniaka i zbadać relacje psa z resztą miotu. Okazało się, że jego matka ( a to suka) kopała go i gryzła w lewe ucho. Ojciec nieznany. Petardy odpalone w 2017 roku uruchomiły te przerażające wspomnienia. Teraz zbieramy podpisy pod zakazem burz z piorunami i silników diesla.

  3. capodanno

    PiroArt.eu

    Jedna z wyrzutni ma przedarty spód i wysypało się trochę podsypki z jednej z rurek. Rakiety też trochę pokiereszowane, jedna ma uszkodzony czubek. Mam nadzieję że wszystko zadziała jak należy, ale troszeczkę mnie to martwi. Na gratis się tym razem nie załapałem, jednak kontakt ze sklepem i asortyment niezmiennie najlepsze.
  4. capodanno

    Pilna pomoc

    Equalizer lub Lockout z Triplexa, to dla mnie must have. Sprawdź też wspomniane kątówki od Gaoo, kilka z nich widziałem na żywo i naprawdę są warte swojej ceny.
  5. capodanno

    Wyrzutnie do 200zł :>

    Zasadnicze pytanie, to ile wyrzutni chcesz? 2? 3? 5?
  6. capodanno

    [Bandit123] Stuff 2018/2019

    Eee tam, wcale nie tak skromnie Masz bardzo dobre wyrzutnie, zwłaszcza niezmiennie zachwycającą TXB400, godne polecenia rakiety (koniecznie daj znać po Sylwestrze jak spisały się JR25), coś na zasygnalizowanie rozpoczęcia zabawy, czyli gwizdki i już jest dobrze Dorzuciłbym jakieś petardy, choćby tylko trochę, ot tak żeby czymś porzucać w ciągu dnia, ale już bardzo mi się podoba. Będzie efektownie Pozdrawiam.
  7. capodanno

    [NEODO] moj wyjątkowy stuff 18/19

    Wyznaczasz nowe standardy w tematach ze stuffami Jeśli Mpik wyraża aprobatę, to nie pozostaje mi nic innego niż przyłączyć się i pochwalić Bardzo fajne zakupy, wszystko ze smakiem i wiedzą na temat tego co jest dobre. Nie wiedziałem że Tropic Pro robi tak duże wyrzutnie, że można się na nich tak rozsiadać, ale cóż, człowiek uczy się przez całe życie. Baw się dobrze Neodo
  8. Po długiej podróży wracamy tam, dokąd każdy z nas lubi wracać. Dotarliśmy do docelowego miesiąca. W ciągu najbliższych trzydziestu jeden dni czeka nas wiele wspaniałych atrakcji, jakich próżno szukać w innych porach roku. Choć nasze oczekiwanie było długie, tym razem to już nie sen - MAMY GRUDZIEŃ! Wszystkiego najlepszego :)

  9. capodanno

    Czego teraz słuchasz?

    U mnie zrobiło się sentymentalnie
  10. capodanno

    Fajerwerkowe memy

    Rodzice na całym świecie są często dręczeni pytaniem, skąd się wzięły. Ja poszedłem krok dalej i zadałem sobie pytanie o to, skąd wzięli się najbardziej elitarni piromaniacy.
  11. No i pięknie, już 100 użytkowników mamy na forum :) Zauważam postęp w stosunku do poprzednich dwóch lat, kiedy było nas tylu dopiero na początku grudnia, a to nastraja optymizmem. Sylwester tuż tuż :)

    1. Kamil911

      Kamil911

      Też jestem w szoku po prostu wracają powoli stare lata świetności :) prawdziwe odrodzenie niczym feniks z popiołów. ;) 

    2. endriu123457

      endriu123457

      Tak jest panowie ! nic ino się cieszyć...

  12. capodanno

    [abuk] Stuff 2018/2019

    Pełna klasa, wspaniałe zakupy, produkty najlepsze a przynajmniej jedne z najlepszych w swojej klasie, do tego obiekt pożądania i westchnień czyli szelki... Trudno żeby było lepiej Super!
  13. Wszystko działo się na obrzeżach Nowego Sącza, Kraków mam wpisany w profilu, bo tam studiuję i dzięki temu spędzam dużo czasu. Miejsce spotkania z tym dentystą (wiem kto to, ale ochrona danych osobowych), to takie w którym za nic bym się nie spodziewał takich akcji, bo też jestem z obrzeży miasta, tylko innego osiedla, całkiem niedaleko piropiotra, 20 minut skrótem na rowerze. Miło że podoba Ci się moje wypracowanie
  14. capodanno

    [Luk2583] Stuff na sylwka 18/19r.

    Pięknie, wiele wyrzutni jest mało znanych, widzę też te "zabytkowe", które na pewno sprawią że Sylwester będzie szczególnie interesujący. Do tego te rakiety Bardzo mi się podoba.
  15. 31 grudnia 2017 – dziwny był to dzień – najbardziej wyczekiwana premiera roku Poniższa relacja jest nieprzyzwoicie długa. Pisałem w niej jednak o wszystkim – o tym co robiłem i co czułem. Tu nie ma ani słowa fikcji, wszystko przeze mnie opisane zdarzyło się naprawdę, w taki sposób, jaki poniżej opisuję. Mam nadzieję że czytanie mojej pracy udzieli Ci choć trochę tego pięknego nastroju, bez względu na to w jakim czasie to czytasz. Po upływie kolejnych miesięcy niesezonu, mój pirotechniczny zapał nie wyczerpał się. Przez ciągnący się czas bardzo udanego 2017 roku, doświadczyłem wielu ważnych, jak również niezwykle miłych spraw. W życiu nieustannie coś się zmienia, co w połączeniu z lepszym wykorzystaniem czasu, nad czym starałem i staram się pracować, dało oczekiwany efekt. Kolejny rok mogę uznać za bardzo udany i zasługujący na dobre wspominanie. Liczne przygody, doświadczenia i rozmyślania nie przesłoniły jednak tego, co z pozoru trwa przez dwa dni, a jednak angażuje myśli na długo przed i na długo po. Kalendarz nie jest jednak naiwny i nie da się go oszukać. Aby wytrwać do Sylwestra, trzeba było długo poczekać. Kiedy nadeszła wigilia tego święta, trudno było mi uwierzyć w to, że jeden z moich dwóch ulubionych dni w roku jest już o krok ode mnie. Tego dnia, aby umilić sobie czas, planowałem swoje sylwestrowe zajęcia na świeżym powietrzu. Warunki do tego były idealne. Na bezchmurnym, intensywnie błękitnym niebie połyskiwało słońce, oświetlające kilkucentymetrową pokrywę śnieżną, która powstała w wyniku opadów w nocy z 28 na 29 grudnia. Wokół było słychać pojedyncze, nieśmiałe eksplozje, które przybrały na sile po wieczornym zwycięstwie Kamila Stocha w Oberstdorfie. W sielance przeszkadzało mi tylko jedno – pogoda. Choć tego dnia była ona taka, jaką możnaby sobie wymarzyć, według prognoz miała zmienić się na gorsze. Przewidywano całkowite zachmurzenie i opady. Wprawdzie odsłona modelu GFS z sobotniego południa oraz Mpiwowski zakładali przelotne opady jedynie wcześnie rano, jednak wieczorna aktualizacja prognozy mówiła już o opadach mających trwać aż po zmrok. Mimo braku zupełnego spokoju, zasnąłem zaskakująco szybko, bez problemów takich jak w poprzednich latach (czyżbym w końcu dojrzewał?). Sen był jednak płytki, o czym świadczy fakt, iż zostałem zbudzony przez dzwony odległego o ponad dwa kilometry kościoła dokładnie o 6 rano. Rozpoczął się kolejny Sylwester w moim życiu. Przez głowę przemkło mi, że to dziś, jednak pomimo podekscytowania zdecydowałem jeszcze trochę poleżeć i popisać coś na forum. Uprzednio wyjrzałem jednak przez okno. Było jeszcze zupełnie ciemno. Gdyby nie wiszące pod niebem chmury, być może stojąc przy innym oknie, zobaczyłbym brzask. Zwróciłem też uwagę na to, że śniegu jest delikatnie mniej niż jeszcze wieczorem. Wprawdzie śnieg w Sylwestra nie jest dla mnie szczególnie ważnym elementem pogody i jest jedynie dodatkiem, nie dominantą klimatu, jednak życzyłem sobie, by odwilż trochę go oszczędziła. Trochę pechowo wyszło, bo jeszcze wczoraj było sporo śniegu, a niebo było zupełnie czyste, pozbawione nawet charakterystycznych zimowych stratusów. Optymizmem nie nastrajał też odgłos przejeżdżającego ponad cztery kilometry dalej porannego pociągu, co świadczyło o dużej wilgotności powietrza. Postanowiłem popisać coś na forum, rozruszać śpiące jeszcze towarzystwo na shoutboxie, kiedy nagle, po około dziesięciu minutach, usłyszałem za oknem tajemniczy szum. Przez sekundę zastanawiałem się co to może być, aż przez myśl przeszło mi: „Niech to nie będzie to czego się obawiam!” Uchyliłem okno i wszystko stało się jasne. Pada deszcz. Nie była to mżawka ani pojedyncze krople, lecz regularny, „jesienny” opad. Po około dziesięciu minutach niepokoju deszcz na szczęście ustał. Na dworze zaczynało stopniowo jaśnieć. Mogłem już odróżnić niską chmurę, która chwilę wcześniej odżywiła ziemię wodą, od chmur po których nie spodziewałem się niechcianych incydentów. Około godziny 6:50 usłyszałem pierwszy odległy wystrzał, a chwilę później następny. Sytuacja na niebie się normalizowała, dodatkowo nie zauważałem wiatru, co pozwalało mieć nadzieję na pogodny dzień i co najważniejsze – noc. Nieco spokojniejszy zebrałem się. O 7:40 przez okno poleciała moja pierwsza tego dnia petarda – K1 od Gaoo. Tak symbolicznie, żeby nikogo nie budzić, ale zainaugurować dzień pełen zabaw i upewnić samego siebie o tym, że to dziś. Pierwsze koty za płoty i cały świat ma już tylko plusy dodatnie, jak zwykł mawiać jeden z naszych byłych prezydentów. Kiedy miałem już wychodzić, deszcz niestety puścił się na nowo. Napisałem z pretensjami do Mpika, że nie pilnuje mi pogody, on jednak uspokoił, że w późniejszym czasie nie będę miał się o co bać. Z dawką nadziei założyłem że będzie już tylko lepiej. Myliłem się, ale o tym będzie później… Po powrocie do domu, pełen energii, umówiony z piropiotrem223 na pierwsze strzelanie, po raz ostatni zerknąłem na moje fajerwerki ułożone w komplecie, po czym dokonałem dezintegracji zestawu. Petardy, jakich postanowiłem wypróbować razem z nim, odłożyłem do plecaka, po czym wsiadłem w samochód i udałem się po pierwszą sylwestrową przygodę. W drodze zza chmur wyjrzało słońce, które z racji swojego położenia na nieboskłonie, raziło mnie w oczy. Jazda z opuszczoną „roletką” nie jest może zbyt przyjemna, ale pojawienie się słońca nastrajało optymizmem. Ruch na drogach był o tej porze wciąż bardzo mały i po dziesięciu minutach zjawiłem się przed domem Piotrka. Było krótko po dziesiątej. Już prawie nie było tam śniegu, choć kiedy wyjeżdżałem ze swojego domu, u siebie miałem go jeszcze prawie wszędzie. Jeszcze przed zaczęciem odpalania petard poszliśmy na chwilę do środka, gdzie Piotrek pokazał mi kompletny zestaw swojej pirotechniki, który wyglądał nad wyraz imponująco, ugościł pysznym ciasteczkiem (a nawet dwoma) i razem ze mną dokonał trudnego wyboru – co bierzemy teraz, a na co czas przyjdzie później. Po chwili narady i nagraniu wstępu do filmiku na kanał, w bardzo podniosłym nastroju zebraliśmy nawet więcej niż początkowo planowaliśmy. Efekt był taki, że prócz mojego pełnego plecaka, zaopatrzyliśmy się też w taką ilość hukowców, że nie sposób było przenosić ich inaczej niż w małym kartoniku. Wyszliśmy na dwór, niewielkie pole tuż za ogrodzeniem i tak zaczęło się moje pierwsze strzelanie, w którym pomagały niestandardowe metody odpalania, jak pirotechniczne sznury i trociczki. Pora obudzić okolicę. Na pierwszy rzut poszedł karabinek Lady Cracker od Tropica, z dramatycznie krótkim zapłonem. Rzucać nie zalecam, chyba że pośpieszne wyrzucanie macie już wyćwiczone do perfekcji. Później, po zawieszeniu plecaków na płocie, zaczęło się mieszanie różnych gatunków petard – od tych najmniejszych począwszy. Mimo wszystko nie warto wkładać korsarzy w wilgotną, grząską ziemię, bo wspomniana petarda zdołała obrzucić nas odłamkami gruntu. Odsunąłem się trochę dalej niż mój towarzysz, lecz i tak dostałem lepką ziemią. Po pierwszym nie do końca udanym doświadczeniu przenieśliśmy się trochę dalej, gdzie nasza rozrywka weszła na wyższy poziom. Wystrzeliliśmy pierwsze Crazy Roboty, Matabrujasy i inne emitery, po to by po zachwyceniu się ogłuszającym hukiem porównać wielkość pozostawionych przezeń kraterów. Dzięki dosyć wysokiej, nieskoszonej trawie, można było przykryć pozostawione dziury w ziemi i tym samym zatuszować „ślady zbrodni”. Zabawa trwała w najlepsze, petardy zaczynały znikać i po chwili inni zaczęli nam odpowiadać dalekimi wystrzałami, choć zdarzyło się również kilka pobliskich. Karabinki z emiterami, ogromna różnorodność petard i świadomość upływającego czasu, stwarzały bardzo miły nastrój. Niepokoił jedynie lekko wzmagający się wiatr. Po około dwudziestu minutach z najbliższego domu, który i tak znajdował się jednak w pewnej odległości wyszedł pan i poprosił nas, byśmy odeszli nieco dalej, bo jego psy w środku się boją (znajomy scenariusz, nieprawdaż?). Skomentuję to tak – takich ludzi nam trzeba. Być może wspomniany człowiek nie przepada za wystrzałami, ale potrafił załatwić sprawę na poziomie – bez krzyków, klęcia i grożenia. Przesunęliśmy się kilkaset metrów w kierunku mostka spinającego dwa brzegi małego potoku. To miejsce jest najbardziej oddalone od domów w okolicy. Stojąc na brzegu, za sobą mieliśmy jeszcze spory kawałek łąki i kilka domów, a po drugiej stronie pustkowie, którym można dojść do innej, położonej nieco wyżej, dzielnicy. Wprawdzie jeden dom znajdował się dość blisko, jednak z jego strony nie spotkaliśmy się z żadną dezaprobatą, a wręcz przeciwnie – z zainteresowaniem małej dziewczynki, która wyszła na podwórko i podziwiała nasz sposób świętowania. Można było czuć się bezpiecznie. Teraz w ruch poszło więcej emiterów dźwięku i innych petard, które wrzucone pod mostek sprawiały że dzwoniło w uszach, a ziemia się trzęsła. We wspomnianym mostku jest niewielka dziura, przez którą można spuszczać petardy (nazwaliśmy ją „szybką windą”). Kilkakrotnie detonacje były wystarczająco mocne, aby wzburzona woda podleciała aż do tego otworu. Piotrek zachęcał mnie, żebym stanął na mostku i poczuł jak w chwili wybuchu drży ziemia, ale nie chciałem być ochlapany. Podobało mi się wszystko, ale chyba największe wrażenie zrobił na mnie single shot z wyrzutni hukowej. Ten bas i chmura przypominająca tą powstającą przy przekraczaniu prędkości dźwięku przez nieodżałowane Concorde’y, to coś zupełnie innego niż wybuchy naziemne. Pewnego razu Piotrek postawił go w taki sposób, że wystrzelony pocisk pod lekkim kątem spadł na taflę wody, i odbił się od niej jak puszczana kaczka, po czym nastąpił wybuch. Kto tego nie widział, ten może nie uwierzyć, ale to stało się naprawdę. Rzucanie trójkątnych petard w powietrze, które po poprzednim Sylwestrze bardzo polubiłem, nie przynosiło oczekiwanego efektu, ponieważ wiatr zwiewał je albo w naszą stronę, albo prosto do potoku (kilka z nich mimo wszystko zadziałało). Z odległego kościoła dochodziły do nas dźwięki kolęd, co zainspirowało nas nawet do podjęcia prób wokalnych. Jesteśmy wszechstronnie utalentowani. Mimo niewielkiej mocy, dużo radości sprawiało nam nawet zwykłe strzelanie najsłabszymi siarkowymi petardami i Salute Crackerami, które były pierwszymi tego dnia wyrobami, powodującymi efekt na niebie (trzeba tylko podrzucić odpowiednio wysoko). Odpalałem też często po dwie czterostrzałowe petardy Tiger Thunder, licząc potem ile strzałów dało radę, a ile razy wyrób zawiódł. Mieliśmy ich na tyle dużo, że wiele stanowiło część składową licznych karabinków. Pod koniec strzelania wymyśleliśmy nową dyscyplinę olimpijską, jaką jest odpalanie paczki Piccolo na czas, porównywaliśmy flary, oddaliśmy się marzeniom dotyczącym nadchodzącej nocy i miło rozmawialiśmy w świetle nagrywającej wszystko kamery Piotrka, dzięki czemu część tego strzelania możecie zobaczyć na kanale TCPT. Na około pięć minut przed skończeniem zabawy przypomnieliśmy sobie jeszcze o gwiżdżących rakietkach, które oparte o kamień, wykonywały prawdziwe ewolucje w powietrzu. Łąka stała się naszą arkadią, w moich myślach już powoli podsumowywałem pierwszą zasadniczą część upragnionego Sylwestra, klasyfikując ją jako wyjątkowo udaną. Cała należała do nas i wszystko przebiegało po naszej myśli. Czas upłynął bardzo miło i nieco ponad godzina zabawy przeszła w okamgnieniu. Było około 12:40 i miałem zamiar zbierać się na powrót. Zależało mi na powrocie do godziny trzynastej, bo miałem jeszcze trochę planów na popołudnie przed zachodem słońca (w tym dniu każda minuta się liczy, wiem że jeśli nie wykonam swojego planu w stu procentach, będę niespełniony) lecz ostatecznie wydłużyłem sobie ten czas o kwadrans. Na sam koniec postanowiliśmy bowiem jeszcze puścić kilka karabinków, ostatniego emitera na huczny finał i do domu. Gdybyśmy odpuścili sobie te karabinki… byłoby idealnie… Nadchodził definitywny koniec strzelania, z zapasów już niemal nic nie zostało, więc myślami byłem już przy tym, co dopiero ma nastąpić. Nic nie zapowiadało, że coś przeszkodzi moim perfekcjonistycznym planom. Nagle oderwałem wzrok od Piotrka szykującego już chyba ostatni karabinek, odwróciłem się i w oddali zobaczyłem faceta z żoną i dwoma psami. Podczas strzelania zdarzyło się, że tamtą drogą przeszedł jakiś spacerowicz, ale słusznie nic sobie z tego nie robiłem. Tym razem jednak mój szósty zmysł podsunął mi pod myśl czarny scenariusz. Tam idą psy, nawet dwa, a nie od dzisiaj wiadomo że miłośnicy czworonogów za nami nie przepadają. Byli akurat na rozwidleniu polnych dróg i zanim poinformowawszy Piotrka zdążyliśmy podjąć jakąkolwiek decyzję, skręcili w naszą stronę, odcinając drogę ewentualnej ucieczki. Na wszelki wypadek zasunąłem plecak, z którego nadal prześwitywały niedokończone paczki petard i pomogłem Piotrkowi się spakować, modląc się w myśli, by idący na przedzie gość nie okazał się chamem. Poczułem stres, a w głowie zaświtało mi mnóstwo odruchów – zarówno optymistycznych, jak i tych niechcianych. Myślałem o ewakuacji w chaszcze po drugiej stronie mostku, po to by chwilę później ganić samego siebie myślą o tym, że przecież jest Sylwester i nic złego nie może mi się stać. Zapanowała chwila grobowej ciszy, mąconej tylko dźwiękiem zbliżających się kroków. Mimo trzymania nerwów na wodzy, kiedy byliśmy już blisko, odezwałem się pierwszy, jak gdyby nigdy nic pytając czy już przestać strzelać. Sekundę później padło pierwsze pytanie, czy jesteśmy normalni (w rzeczywistości brzmiało trochę inaczej, ale nie będę cytował, bo nie lubię wulgarności) i idący na przedzie przyśpieszył z telefonem na wierzchu i nienawiścią wymalowaną na twarzy. Facet pogroził że nagra całe zajście („dobrze, no fajnie, to się nakręćmy”), i zaczął przystawiać się do Piotrka. Na całe szczęście obyło się bez wyzwisk, ale wyżej wymienionemu panu kultura wypowiedzi jest chyba obca. W nerwach zarzucił piropiotrowi223, że straszy bażanty, psy i sarny (nie widzieliśmy ani jednego wystraszonego zwierzęcia choć bacznie obserwowaliśmy otoczenie), a na jego słuszne argumenty odpowiadał brakiem argumentów (zupełnie jak słynne „nie chce mi się z tobą gadać” wypowiadane przez Franza Maurera w filmie „Psy”) i narastającą agresją, zupełnie ślepą na przytaczane przez nas fakty. W kieszeni miał kastet. Zdecydowałem się grać na dwa fronty i poszedłem w kierunku żony jegomościa, która stała kawałek dalej. Jeszcze raz usłyszałem pytanie czy dobrze się czujemy (oczywiście w zmienionej formie), ale kiedy zacząłem odpowiadać na gniew opanowaniem i kulturą, moja rozmówczyni się uspokoiła i dało się z nią porozmawiać. Chociaż byłem przekonany o tym, że strzelając w Sylwestra, nie robimy nic złego, przeprosiłem, wytłumaczyłem całość i zaapelowałem o niepoddawanie się negatywnym emocjom. Nie chciałem „kozaczyć” ani bronić swojego zdania za wszelką cenę, bo słysząc napastnika, który nadal denerwował się na przyjaciela i chciał go sprowokować niczym jeden ze słusznie zbanowanych forumowiczów miałem świadomość że takie działanie może przynieść efekt odwrotny od zamierzonego. Wyartykułowałem jednak, że 31 grudnia i 1 stycznia używanie materiałów pirotechnicznych nie narusza żadnego prawa, a my sami nie mamy żadnych złych intencji i specjalnie wybraliśmy to miejsce, by możliwie nikogo nie drażnić. Po paru wypowiedziach, pani była już spokojna, a w jej słowach pojawił się nawet element wyrozumiałości, jednak jej mąż dalej się pienił, wygrażał się i popisywał słownictwem, jak również kulturą. Wróciłem do niego i w jakiś sposób w drodze uległości zahamowałem spór. Inaczej niczego nie dało się zrobić. Na koniec złożyłem jeszcze dla formalności krótkie życzenia (nieszczere), które państwo odwzajemnili i podobnie jak my, odeszli w swoją stronę. Konflikt był zażegnany (nie do końca, zaraz dowiecie się dlaczego), ale mój nastrój się popsuł. Było mi najzwyczajniej w świecie przykro, że tego dnia, na który tyle czekałem, i który miał być udany w stu procentach, spotkała mnie przykrość. Gdyby to się stało każdego innego dnia – trudno, nie mieli racji, ale nie będę płacił za ich głupotę swoim nastrojem. To był jednak jeden z moich dwóch ulubionych dni, miałem wręcz wymarzony stuff zbierany od marca i cieszyłem się z Sylwestra jak Farasz, kiedy wybuch emitera zmiata go z powierzchni ziemi, a tu taki popis chamstwa. Kiedy jechałem na pierwsze strzelanie byłem cały w skowronkach, a cały świat widziałem w różowych okularach, podczas gdy w drodze powrotnej czułem się, jakby do porannej kawy ktoś dosypał mi arszeniku zamiast cukru. Nie należę do osób, które potrafią się niczym nie przejmować i sposępniałem. Dziękuję Piropiotrowi za to, że mnie trochę pocieszył. Nam obu przyszła ochota na to, żeby odnaleźć tych ludzi i jeszcze z nimi porozmawiać, ale jako że zaszyli się ze swoimi psami gdzieś daleko, a czas mnie gonił, zrezygnowaliśmy. Jak się później okazało, wspomniani ludzie wrócili godzinę później i po powrocie ze spaceru chodzili od domu do domu w okolicy niczym Świadkowie Jehowy, skarżąc się na nas i szukając sprzymierzeńców, prosząc o zgłaszanie nas na Policję. Na koniec naszego spotkania, odebrałem jeszcze od Piotrka rurę do szelek 2’’ z fiberglassu, a później wróciłem do siebie. Pogoda była wtedy gorsza niż wcześniej (zupełnie jak mój nastrój). Słońca nie było już co oczekiwać, a na szybę spadały pojedyncze krople deszczu. Prawie straciłem radość, a dzień dzisiejszy jawił mi się jako zwykłe, szare popołudnie. Nie chciałem jednak robić z siebie męczydupy i zanim wszedłem do domu, w ogrodzie odpaliłem jeszcze korsarza, który wydał mi się głośniejszy tu niż na łąkach. Może to kwestia innego echa. Zwróciłem uwagę na to, że w czasie mojej nieobecności stopił się śnieg – już tylko gdzieniegdzie na polach było widać „białe kałuże”. Poszedłem popisać coś na forum, zjeść tradycyjny polski niedzielny rosół, a potem jeszcze obejrzeć pokaz w Sydney (czyli punktualnie o 14:00). Cały czas prowadziłem systematyczną wymianę informacji na temat wcześniejszego zajścia i nie tylko, z Piotrkiem. Takie natężenie połączeń telefonicznych jak między nami, po raz ostatni stwierdzone było między Moskwą a Waszyngtonem podczas kryzysu kubańskiego w 1962 roku. Co chwilę powtarzały się coraz głośniejsze wybuchy petard. Było słychać, że ktoś w okolicy bawi się już grubszym kalibrem, a nie „piro kopą”. Można było poczuć prawdziwy entuzjazm, kiedy po ziemi niosły się tak basowe echa. Przed 15-tą zebrałem się na już ostatni w roku wyjazd – pojechałem spotkać się ze znajomymi w centrum miasta. Wcześniej jednak przygotowałem cały zapas pirotechniki do wyniesienia na dwór. Być może wiecie, że prezydentowi Stanów Zjednoczonych, nieustannie towarzyszy ochroniarz, niosący za nim pilnie strzeżoną walizkę, w której znajdują się kody do broni jądrowej. Ktoś taki przydałby się mnie, ale zamiast haseł do broni masowego rażenia, w takiej walizce znajdowałaby się kartka z wypisanymi miejscami, gdzie przechowuję wyroby pirotechniczne. Musiałem wziąć – petardy spod ściany w pokoju, szelki ze strychu, moździerz z szafki na stare zeszyty na strychu, reklamówkę z „luźnymi petardami” z komody na poddaszu, pirobajery z pudełka po butach w piwnicy, i przeniosłem całość do przedpokoju, aby było mi wygodnie to wydobyć i po powrocie wziąć się od razu za strzelanie. Kolejno udałem się na wspomniane spotkanie. Byłem w galerii handlowej, gdzie wciąż trudno było znaleźć miejsce na parkingu podziemnym, mimo że na ulicach było dosyć luźno. Spotkanie, na którym wymienialiśmy się doświadczeniami z gry w geocaching z mijającego roku potrwało zaledwie około pół godziny, po czym o 15:30, po odebraniu pamiątkowego drewnianego medalu za kolejny rok zabawy, rozpocząłem powrót. Zmierzając na parking podziemny, na parterze przeszedłem obok stoiska z fajerwerkami Hestii. Jeszcze trzy, cztery dni temu, było wypełnione po brzegi. Wyrzutnie liczyły się chyba w setkach, a zestawów rakiet było tak wiele, że prawie nie było widać filarów na których zostały zawieszone. Teraz wyrzutni było już tylko kilka, podobnie miała się sprawa z rakietami, a w kolejce stało jeszcze kilka osób, które odłożyły sylwestrowe zakupy na ostatnią chwilę. „Jest jeszcze nadzieja, nie wszystkim odwala na punkcie zwierząt” – myślałem. Po krótkiej przebieżce po zatłoczonym parkingu, zacząłem podróż do mojej własnej krainy pirotechniki. Na dworze zaczynało już się ściemniać. Ulice przemierzały już spore grupki imprezowiczów śpieszących z szampanami i innymi, schowanymi głębiej specyfikami na domówki. Jeszcze tylko zdążyć na zielonym świetle i jestem u siebie. Kiedy wysiadłem z auta, od razu zaskoczyły mnie bliskie, basowe wybuchy, przypominające FP3 w czasach świetności. Mniejsze huki dało się usłyszeć już co parę sekund. Zaczynało się. Gdyby nie chmury, widziałbym jak zachodzi słońce. Pośpiesznym krokiem rozłożyłem arsenał na zewnętrznym parapecie okna piwnicy, wysłałem pierwszych parę życzeń do znajomych i rodziny, po czym miałem zacząć zasadniczą część strzelania. W międzyczasie, zaopatrzyłem się w kilkanaście pustaków wziętych z garażu (niepotrzebnie odwlekłem to na ostatnią chwilę, ale uwierzcie, po poprzednim powrocie w ogóle nie miałem apetytu na strzelanie). Trochę się nabiegałem tam i z powrotem, bo miałem aż trzy stanowiska do przygotowania – jednostrzałowe, moździerzowe i szelkowo-wyrzutniowe. Wszystko miało się dziać na obszernym i idealnie symetrycznym kawałku pola przed moim domem, otoczonym zewsząd domami (przyjaznymi), co korzystnie wpływa na odbieranie huku i echo. Śpieszyłem się, bo z powodu zachmurzenia dosyć szybko zapadał zmrok, a chciałem jeszcze się trochę pobawić przy dziennym świetle, którego wkrótce miało zabraknąć. Każdą cegłę, w trosce o bezpieczeństwo swoje i innych, kładłem bardzo ostrożnie. Stanowisko do odpalania dużych szelek wyposażyłem w aż sześć cegieł. Zerknąłem na aplikację mierzącą aktywność fizyczną, która już o tej porze, jeszcze przed gorączką niedzielnej nocy, pokazywała 10000 kroków. Niestety, przeszkodziło mi znowu to samo, co przyprawiło mnie o lęk i niepewność wczesnym rankiem. Poczułem spadające krople deszczu. Faktycznie, na niebie wisiała ciemna i niska chmura, której końca nie było widać. Z jednej strony pocieszałem się faktem, że nie jestem z cukru, lecz z drugiej – wolałbym bawić się w innych warunkach. Na chwilę przycichły dźwięki eksplozji. Ja też tymczasowo się powstrzymałem. Zrobiło się dosyć mroczno. Niebo miało kolor ołowiano-szary (miejscami niepokojąco ciemny) i zapadła cisza. Myślałem nie tylko o tym, żeby przestało padać, lecz chciałem też, by zrobiło się ciemno i paskudna chmura znikła mi z oczu. Na szczęście mżawka szybko się skończyła. Punktualnie o 16:11 na niebie zobaczyłem pierwszy efekt – wybuch rakiety z żółtymi, migoczącymi gwiazdkami. Na nowo wzmogły się dźwięki petard, ja zaś postanowiłem rozpocząć strzelanie od prostego porównania wszystkich rodzajów petard od najsłabszej do najmocniejszej. To jest taki moment, kiedy czuć pewną więź z tymi wszystkimi, którzy w tej chwili również odpalają fajerwerki, mimo że ich nie znam ani nie wiem dokładnie gdzie są, dialog bez słów. Chce się odpowiadać każdemu z osobna, choć i tak wiadomo, że moje huki znikną pośród setek innych. Trzeba jednak działać. Wcześniej wypisałem sobie je w odpowiedniej kolejności na kartce, jednak ciemność zaczęła zapadać tak szybko, że pod koniec listy musiałem wytężać wzrok. Latarka czołowa z regulowanym światłem okazała się artykułem pierwszej potrzeby. Wprawdzie kupiłem ją z myślą o zastępowaniu lampki w rowerze w razie wyczerpania jej baterii i chodzeniu po jaskiniach, ale okazała się być niezawodnym akcesorium także podczas odpalania petard. W czasie testowania dwukrotnie przerywałem, bowiem widziałem że pies lubianych przeze mnie sąsiadów zamieszkujących 60 metrów dalej chodzi jeszcze po podwórku i bardzo się boi, a jego właściciel wychodzi na podwórko. Poczekałem parę minut aż do czasu, kiedy zamknął owczarka niemieckiego w przedpokoju i zapalił mu światło. Potem jeszcze przerwałem, bo wydawało mi się że ktoś stoi na drodze dojazdowej do mojego domu i wpatruje się we mnie. Przyczajony za drzewkiem wyjrzałem w tamtą stronę i okazało się że po wcześniejszym incydencie mam najzwyklejsze przywidzenia, a ową „postacią” jest niedawno wbity filar płotu budowanego i jeszcze niezamieszkałego domu (poleci ktoś dobrego psychiatrę? nie musi być wykwalifikowany).Tymczasem ciemność stawała się coraz głębsza, a kolorów na niebie pojawiało się coraz więcej. Doszło do bardzo ciekawej sytuacji. W odległości około kilometra ode mnie ktoś odpalił wyrzutnię, w której poznałem efekt „Kasjopei” (lub jak kto woli „Foxa” z Biedronki), zaś po paru sekundach w tym samym rejonie odpalony został Mars od Jorge. Dzięki temu zbiegowi okoliczności przez chwilę miałem szczęście i okazję podziwiać te dwie baterie jednocześnie, i powiem Wam, że jak na odległość jaka dzieliła mnie od miejsca ich pokazu, rozmiar efektów był całkiem pokaźny. Bardziej na prawo, co chwilę w powietrze wzlatywała jakaś rakieta. Muszę tu jednak podkreślić, że ten rodzaj wyrobów pirotechnicznych, zupełnie zginął tej nocy pośród niezliczonej ilości wyrzutni. Na moim „poligonie” nadal przelatywały mocne petardy. Co prawda, na parapecie obok nich spoczywały również zapomniane petardy draskowe i małe lontowe, uznałem jednak że odpalanie takiej drobnicy po zmroku w Sylwestra, kiedy dookoła można podziwiać ferię barw i efektów, byłoby pewnego rodzaju złamaniem niepisanego pirotechnicznego savoir-vivre (tzw. „faux pas”). Mocniejsza artyleria przed wybuchem odbywała lot nad ogrodzeniem i lądowała w koszonej raz na rok trawie trochę zaniedbanej łąki. Po chwili mogłem ujrzeć nieśmiałe pojawienie się flary, a po jej zgaśnięciu kilkakrotnie mogłem odczuć niepokój. Wybuchnie czy nie wybuchnie? Na szczęście w znakomitej większości przypadków poprawną odpowiedzią okazywała się ta pierwsza, i w chwili eksplozji wszystkie dźwięki świata traciły swoje znaczenie. Szczególne wrażenie wywarły na mnie Bum Bumy (mam nadzieję, że w tym roku uda mi się gdzieś je dorwać). Ich zielonkawa flara jest taka słaba, jakby przygaszona, ale huk? Prawie się potknąłem, z takich petard można robić masclety jak na Las Fallas w Walencji! To oczywiście daleko idąca przesada, ale prawdą jest że te petardy mnie wręcz zszokowały. W mojej dzielnicy ktoś zaczął mi odpowiadać (może to Szymon?).Coraz częściej pojawiające się w obliczu zapadnięcia całkowitej ciemności efekty wciąż ukazywały się jednak dosyć daleko. Były jeszcze nieregularne. Zdarzały się takie chwile, kiedy nie było wiadomo który kierunek świata odzywa się najczęściej, jak również krótkie momenty wyciszenia, kiedy można było zapomnieć o dzisiejszej dacie. Uwagę zwróciły kostki z bardzo długim glitteringiem. Po trochę ponad godzinie zabawy, która upłynęła głównie na dziurawieniu podłoża petardami i hukowych eksperymentach, przyszedł czas na przerwę, w celu uzupełnienia kalorii (zostało jeszcze trochę świątecznej szynki). Nie potrzebowałem zagrzania (cokolwiek mogłoby to znaczyć ), bo ten dzień i wieczór były wyjątkowo ciepłe. Według Ogimetu, temperatura maksymalna 31 grudnia wyniosła całe siedem stopni na plusie, a spadku poniżej zera nie było przez całą noc sylwestrową. Prócz chwili wytchnienia posłuchałem sobie też trochę muzyki, która na dobre wpędziła mnie w imprezowy nastrój tego niezwykłego wieczora i przegoniła resztki zmartwień. Poczytałem jeszcze wiadomości, bo wcześniej nie miałem na to czasu i – oczywiście – sprawdziłem forum. Prawie wszystkie powiadomienia dotyczyły nowych postów na pirotechnicznych grupach. Raz, dla pewności, musiałem skontrolować wyglądając przez okno, czy pogoda nie obraca się przeciwko mnie, zaniepokoiła mnie bowiem krótkotrwała chwila ciszy. Na dworze było jednak sucho. Po około godzinie, z błogiego letargu w „kąciku muzycznym” wyrwał mnie bliski huk. To była rakieta, którą później zidentyfikowałem jako JR24 (znalazłem kawałek poligrafii w swoim ogrodzie). Chwilę potem następna atrakcja – wyrzutnia. Szybkim sprintem podbiegłem do okna, ostrym ruchem podniosłem roletę, i zobaczyłem ostatnie tchnienia baterii puszczanej przez jednych z moich głównych rywali w każdego Sylwestra. Z okna nie mogłem ich zobaczyć, bo ich dom, znajdujący się jakieś 50 metrów dalej, zagradza stojący wcześniej mały apartamentowiec. Lata doświadczenia nauczyły mnie jednak, że ci ludzie nigdy nie poprzestają na jednej baterii, dlatego tych kilkanaście wystrzałów potraktowałem jako wezwanie do wspólnej rywalizacji. Nie musiałem sobie tego powtarzać dwa razy, i już po minucie, w pełnym rynsztunku, stawiłem się na zewnątrz. Na początku zaakcentowałem swoje wyjście Crazy Robotsem. Dosłownie parę sekund później nad dachami ukazała się rakieta. Jedna, a zaraz potem druga. Usłyszałem też, że na podwórko apartamentowca wybiegły podekscytowane dzieci, chcące obejrzeć fajerwerki. Dodatkowo zachęcony tym faktem, wyciągnąłem pierwszy efektowny fajerwerk – single shota z wyrzutni „Anarchy”. Nie wiedziałem na jaki efekt trafię, ale byłem przekonany że nie zawiodę się na nim. Słusznie, bo efekt cracklingu, który wylosowałem, przykrył całe niebo. Poleciały kolejne jednostrzałówki, na które konkurent odpowiadał małymi wyrzutniami. Nie były może szczególnie okazałe, ale moją szczególną uwagę przykuła wyrzutnia o kalibrze 20 milimetrów, w której finale znalazły się trzy głośne strzały salute, jak również kostka z crackingiem przypominającym bardziej rybki (wprawdzie nie uciekające). Z satysfakcją stwierdziłem jednak, że to wystrzały sponsorowane przeze mnie, przynoszą publiczności więcej uciechy. Idąc do mojego zbudowanego z czterech cegieł stanowiska do jednostrzałówek, obok którego postawiłem również składające się z czterech cegieł stanowisko do mniejszych szelek, zauważyłem że ktoś stoi przy oknie apartamentowca i przygląda się moim popisom. Zły humor został wyleczony. Zdobyłem się również na czynność, na której wykonanie długo czekałem. Odpakowałem pierwszą szelkę z kupionego w ostatnich dniach przed wejściem w życie ustawy CE moździerza, starannie włożyłem ją do rury, i odpaliłem lont. Trafiła mi się zielona piwonia, która rozbłysła wysoko, a mimo to żarzące się fragmenty pocisku opadły na ziemię, a huk przez kilka sekund rozchodził się w powietrzu. Byłem usatysfakcjonowany zarówno głośnością wystrzelenia ładunku, jego efektem, jak również dokonaniem wtedy, pół roku temu, dobrego wyboru. Zadzwoniłem do Piotrka, aby zdać mu na żywo możliwie jak najlepszą relację, oczekując podobnej z jego strony. Opisałem wszystko co widziałem obok siebie, jak również rywalizację z konkurentem, który po pewnym czasie zawiesił broń. Muszę nieskromnie przyznać, że komentuję pirotechniczne pojedynki lepiej niż Tomasz Hajto mecze naszej reprezentacji w piłce nożnej (teraz sobie uświadomiłem że w tym roku mamy mundial!) W tym czasie pierwsza fala wieczornego strzelania osiągała apogeum. Błyski fajerwerków było widać z każdej strony, a na szczególną uwagę zasługiwały wyrzutnia kątowa z mieniącymi się ciemnozłotymi palmami, jak również powtarzający się niemal wszędzie gęsty crackling. Kiedy uświadomiłem sobie, że już teraz setki ludzi demonstrują swoją pirotechniczną siłę, uznałem że nie można dłużej czekać. Z kartonowego pudełka wyciągnąłem pierwszą z ośmiu szelek dwucalowych. Na dobry początek – czerwona fala. Ze względów bezpieczeństwa, rurę ustawiłem trochę dalej niż pozostałe stanowiska do strzelania, w głębi niewielkiego pola, i dla pewności obstawiłem ją nie czterema, lecz sześcioma pustakami. Ostrożnie odbezpieczyłem lont, włożyłem ładunek do środka, upewniając się czy uczyniłem to prawidłowo, zapalniczka w dłoń i uciekamy. Byłem trochę stremowany, bo to największy ładunek jaki dotąd odpalałem. Byłem wtedy w kontakcie z kolegą Szymonem, który mieszka na zboczu góry, około kilometr ode mnie, i miał szansę to zobaczyć. Choć oczekiwałem długiego zapłonu, już po kilku chwilach szelka z hukiem wyleciała w powietrze. Poszła bardzo, ale to bardzo wysoko, aż jej światło zaczęło wizualnie przygasać, i wtedy wybuchła, zakrywając pół nieba przepięknym efektem. Nie tylko sam się zachwyciłem, lecz również usłyszałem głos zachwytu w słuchawce, eksplozję takiego ładunku dało się bowiem z pewnością zobaczyć nawet z dużo większego dystansu. O godzinie 19:30, po uprzednim wystrzelaniu jeszcze wielu petard hukowych, zakończyłem kolejną część swojej zabawy i wróciłem do domu na herbatę, „Wiadomości” i orędzie noworoczne Prezydenta RP. Późniejsze chwile wyśnienia upłynęły na zabawie w rytmie „Miłości w Zakopanem”, „Despacito” i innych podobnych kawałków, którymi uraczono nas tego wieczora. W tak zwanym międzyczasie podziwiałem fajerwerki odpalane w najróżniejszych miejscach, oddając się kolejnej dyscyplinie olimpijskiej, jaką jest bieganie od okna do okna. Na kilkanaście minut przed 21 wyszedłem na przedostatnie, i jednocześnie najdłuższe strzelanie, trwające ponad dwie godziny. W końcu zostało mi jeszcze dużo rzeczy do zabawy. Tym razem kilku petard użyłem jedynie na samym początku, a w późniejszym czasie pozostałem przy fajerwerkach dających kolorowy efekt na niebie. Było bardzo widowiskowo, na tyle, że co chwilę zwoływałem rodzinę na balkon. Musieli się nagonić, bo co chwilę przychodzily mi do głowy nowe pomysły, a Staff wydawał się z tego miejsca większy niż kiedykolwiek wcześniej. Duże uznanie zdobyły zarówno szelki, fontanna Vesuv, jak i single shoty, z dezaprobatą spotkał się natomiast odpalony „na pokaz” Crazy Robots. Według mojej widowni to było straszne, koszmarnie głośne. Trochę racji w tym chyba jest, bo stojąc zaledwie odrobinę bliżej niż zwykle, poczułem na sobie podmuch. Odpaliłem również kolejną szelkę dwucalową, tym razem z efektem flower wave, który wywarł na mnie bardzo duże wrażenie – jak na profesjonalnym pokazie. Byłem oszczędny w używaniu największych szelek, miałem bowiem zamiar popisać się nimi też o północy, a jedną zostawić na zawsze na pamiątkę. Kiedy zostałem już sam, postanowiłem pouwieczniać trochę swojej zabawy na zdjęciach. Wtedy zwróciłem uwagę na coś bardzo miłego. Niebo pojaśniało i z dziury w chmurach wydostał się Księżyc zbliżający się do pełni. Ten sam, który był widoczny na nagraniach z dalekiej Australii i Hongkongu, postanowił zabawić również u nas. Fajerwerki o różnych efektach pięknie komponowały się z jego przyjaznym światłem i stawały się jeszcze piękniejsze, zyskując dodatkową „ białą gwiazdę”. Zadzwoniłem jeszcze zapytać co słychać u znajomych piromaniaków. Ten mieszkający bliżej mnie, zalecił mi, abym pozostał jeszcze na dworze, bo za chwilę zacznie swoje strzelanie. Faktycznie, podpierając się otrzymanymi od niego szczegółami, najpierw zobaczyłem rakietę Best, później wyrzutnię Seul, następnie Tybet, a na koniec znana mi już dobrze Suchumi – wszystko od Komety. Nie sposób było jednak skupiać się tylko na jednym punkcie nad widnokręgiem, bo strzały dobiegały z każdej strony. Znowu odezwali się bliscy prawie-sąsiedzi (tym razem nie ci, z którymi najbardziej konkuruję). W niebo poszła wielostrzałowa (ponad 50) wyrzutnia 20mm. Powiem Wam, że to jest całkiem ciekawe rozwiązanie, aczkolwiek ta konkretna kostka specjalnie mnie nie zachwyciła. Na większą uwagę zasłużył „konkret” z chmurą crackingu, odpalony kawałek dalej, dokładnie naprzeciwko mnie „Chyba tej nocy nie będę oryginalny” – myślałem. Miało to swoje uzasadnienie, bo crackling i złote palmy, będące w tym roku moim „point phare”, święciły w tym roku wielkie triumfy. Szukając dobrych punktów obserwacyjnych krążyłem po całej okolicy. Pod koniec mojego pobytu na zewnątrz, kiedy w moim otoczeniu zaczynała się już „cisza przed burzą” i o Sylwestrze przypominały tylko odległe, przytłumione trzaski, poszedłem jeszcze na swoją ulicę, aby pozbyć się wirującej drobnicy. Przez ponad dziesięć minut nie przejechał ani jeden samochód, choć było dopiero około 22:30. Stężenie klimatu sięgało maksimum. Odpaliłem włożonego w usypaną ziemię obok budowanego chodnika single shota, po czym wróciłem na swój poligon, gdzie po kilku petardach i mniejszych szelkach, postawiłem ostatni krok do północy ostatnimi sztukami pocisków triplexowskiego moździerza. Ktoś mi odpowiadał, bo widziałem kilka niedużych rakiet wylatujących z pobliskiego lasu. Kiedy nastała „cisza przed burzą”, jako ostatnią rzecz, odpaliłem jeszcze jedną szelkę flower wave, oraz wyciągnąłem z opakowania ostatnią szelkę z moździerza, po czym załadowałem ją do rury, by była już gotowa na ostatnie strzelanie. O północy chciałem bowiem użyć wszystkich rodzajów swojej amunicji. Na koniec posłuchałem jeszcze muzyki siedząc na świeżym powietrzu. O 22:50 wróciłem do domu, gdzie głównym tematem była godzina wyjścia na ostateczne strzelanie. Mogłem porzucić wszelki lęk związany z pogodą, bo oprócz Księżyca, na niebie zaczęły pokazywać się także gwiazdy, z odwiecznym stróżem zimowego nieba – Orionem. Miło pomyśleć, że w ciepłe, letnie noce, w tym samym miejscu gdzie teraz montuję fajerwerki, będzie stał teleskop zerkający tam, gdzie czas nie ma znaczenia. W ostatnich kilkudziesięciu minutach zdecydowałem ostatecznie, jak zorganizuję główny pokaz, zerwałem wierzchnie folie z baterii, pośmiałem się z politycznych memów, wysłałem trochę życzeń, trochę porozmawiałem przy choince i pooglądałem telewizję. Po raz pierwszy podjąłem decyzję, aby odpalić fajerwerki o północy. Zdecydowałem się na to dlatego, że rok temu zacząłem pokaz zbyt wcześnie, mniej więcej o 23:40. Kiedy moja największa wyrzutnia – Kewlar – wystrzeliwała finał, była 23:53, i harmider dookoła dopiero się zaczynał, a co za tym idzie – widownia mogła być większa. Tym razem decyzja o wyjściu zapadła dopiero o 23:50. Po uprzedniej konsultacji jedną wyrzutnię zdecydowałem zostawić na przyszły rok (ale w tym roku już nie ma zmiłuj). Bezpośredni impuls do wyjścia na główną część zabawy, stanowiły bardzo nasilające się huki. Jeszcze o 23:45 było dosyć cicho, a około 23:50 wręcz zerwały mnie silne wybuchy gdzieś niedaleko. W pomieszczeniach mimo włączonego światła było widać błyski odbijające się od ścian. Jako, że miałem do udźwignięcia jedynie trzy kostki, nie brałem żadnej skrzynki, lecz wziąłem wszystko na raz, rękami. Rodzina miała zaraz do mnie dołączyć. Kiedy kładłem wyrzutnie na ziemi, pierwszą rzeczą, jaka rzuciła mi się w oczy, były piękne, różnokolorowe i migoczące efekty wyrzutni puszczanej po mojej lewej stronie. Mieszkający tam ludzie nigdy nie szczędzą pieniędzy na fajerwerki, ale tym razem milczeli wieczorem (co mnie trochę niepokoiło), a uaktywnili się dopiero na parę minut przed „godziną zero”. Wyrzutnia już kończyła strzelać, a wokół niej, jak grzyby po deszczu, zaczęły wyrastać kolejne, kiedy coś dziwnego przykuło moją uwagę. Coś jasno świeciło na końcu drogi dojazdowej do mojego domu. Z racji tego, że mieszkam na niewielkim wzniesieniu, nie widziałem co to, aż po chwili moim oczom ukazały się światła samochodu. Przez chwilę myślałem, że ktoś zabłądził i skręcił w niewłaściwą drogę (co często się u mnie zdarza), ale ten kierowca przemieszczał się zdecydowanie i szybko w moim kierunku. Nagle zobaczyłem, że na dachu pojazdu jest podświetlony napis. Taksówka? Nie, przecież to policja! Ani przez chwilę nie czułem żadnych obaw, był przecież Sylwester, w dodatku prawie północ (zresztą i tak wolałbym spotkanie z policjantem niż ze wściekłym „obrońcą zwierząt”, tak jak było za dnia). Byłem zdziwiony i zaciekawiony o co chodzi. Radiowóz zatrzymał się obok mnie i uchyliły się szyby. „Czy nie widział pan kogoś podejrzanego, obcego, kto by się kręcił tutaj po okolicy?” – usłyszałem. Odpowiedziałem przecząco, bo ostatnią godzinę spędziłem nie wystawiając nosa z domu, natomiast wcześniej podczas mojego pobytu na dworze, nie widziałem żywego ducha, a jedynym dowodem na to, że okolica nie śpi, były wzbijające się co chwilę w niebo fajerwerki. Życzyli szczęśliwego nowego roku i na koniec spojrzeli jeszcze na moje wyrzutnie, spoczywające już na ziemi i czekające na odpalenie (dobrze że nie widzieli szelek 2” xD). Zrobiło mi się ich żal. Na pewno woleliby spędzić ten czas w rodzinnym gronie, i tak jak ja odpalać fajerwerki, a musieli jeździć po bawiącej się okolicy i kogoś szukać (później okazało się, że szukali kierowcy, który z impetem wjechał w jedno z ogrodzeń przy mojej ulicy, po czym zbiegł z miejsca wypadku). Na niebie trwał już prawdziwy popłoch. Dosłownie z sekundy na sekundę ilość wybuchów rosła, a wyrzutnia rodziła wyrzutnię. Zieleń mieszana z crackingiem u sąsiada rozświetlała podwórko tak, że byłem w stanie rozpoznać wszystkie drzewa w promieniu kilometra. Ze wszech stron dobiegały mnie nieustające huki i gwizdy, a efekty rozkładały się na kilku poziomach. Nawet otaczające niebo delikatną mgłą, wysokie stratusy zdawały się odbijać część światła. Była 23:53. O tej godzinie odpaliłem gwizdki, których używam w celu „zaalarmowania” oklicy, małą szelkę z seledynowym efektem, potem dwie duże szelki z efektem golden willow, które zostały skwitowane jednym słowem – „piękne”, a potem przeszedłem już do najbardziej oczekiwanych wyrobów - kostek. Na pierwszy rzut poszła Piza od Komety, a później oszałamiająco piękny Equalizer. Napiszę o nim osobny post, ale chwalenia tej wyrzutni nigdy za wiele! Po zakończeniu jej pracy podziwiałem wszystko, co rozprzestrzeniało się dookoła. Fajerwerków było więcej niż rok temu, tyle że traciło się w tym wszystkim orientację. Chmury błyszczały od fajerwerków, jakby trwała potężna burza, a wszystkie światła pojawiały się same z siebie. Biel i srebro dominowały, ale wielokrotnie zauważałem też ciemne złoto i zieleń. Wtedy coś mnie tchnęło. Sprawdź godzinę! Wyciągnąłem telefon, zastanawiając się, czy zdążymy na odliczanie, ale było za późno. Stary, dobry rok pożegnał się z nami bez „do widzenia”, a rok stulecia polskiej niepodległości, wielka niewiadoma, nadszedł znienacka. Na ekranie widziałem tylko cztery zera i datę – poniedziałek, 1 stycznia. Wysłałem przygotowane wcześniej życzenia do pewnej osoby i przez chwilę wpatrywałem się w otoczenie. Nie tylko fajerwerki stwarzały cudowny nastrój. Na niebie, za nielicznymi, mglistymi chmurami wysokiego piętra, połyskiwały gwiazdy konstelacji Oriona, nad którego „głową” na bawiących się ludzi spoglądał Księżyc. Tak pięknego nastroju nie było nawet rok temu. Wtedy było wprawdzie bezchmurnie, ale o północy próżno było szukać Srebrnego Globu, jedynie wieczorna Wenus dawała wyjątkowy nastrój. To był symboliczny obrazek – fajerwerki odmierzające upływ dwunastu miesięcy, połyskiwały na tle tego dalekiego, nieskończonego świata, tam gdzie nasz długi rok jest jak „czwarta część mgnienia”, jak pisał kiedyś Daniel Naborowski… Życzyłem sobie, aby w nowym roku pogodnych nocy było jak najwięcej, abym miał więcej niż w minionym roku okazji do praktykowania mojej innej pasji – astronomii. Dwie minuty po północy postawiłem kropkę nad „i”, odpalając fenomenalną wyrzutnię Samum. Moje fajerwerki się już prawie skończyły, ale wokół pirotechniczne święto trwało w najlepsze. Gdzieś niedaleko rozległ się nietypowy, głośny i bardzo długi świst, od którego aż zabolały uszy. Moi konkurenci wystawili do boju trochę małych wyrzutni i dwa konkrety, jednak trochę niższej klasy. Lepiej dawano sobie radę z drugiej strony – tam jednak było intensywnie, a krótko. Poszło kilka mocnych wyrzutni z różnych domostw. Nad horyzontem w kierunku południowym wybuchły dwie duże, czerwone szelki. W innych fragmentach widnokręgu nie dało się nie zauważyć licznych baterii kątowych. Widziałem jak trochę dalej kolega Szymon odpalał pięknego Kryptona, który przykuwał uwagę nawet w obliczu innych, niezliczonych blasków. „Ciekawe co teraz robi ten, który chciał mi to zepsuć” – pomyślałem. Około dziesięciu minut po północy, kiedy natężenie strzelania zaczynało powoli maleć, wróciliśmy do domu na życzenia i toast szampanem. Podczas tych czynności widziałem jeszcze, jak nad pobliską rzeką ktoś odpalił przepiękną wyrzutnię. Miała na pewno sto strzałów, a jej efekty były tak różnorodne i rozłożyste, że w jednej kostce mogłem zobaczyć chyba wszystkie możliwe efekty – od wirów, przez kolorowe gwiazdy, aż po rozłożyste palmy i zwieszające się ku ziemi wierzby. Majstersztyk. Tak kończyła się wspaniała zabawa. Nie czułem jednak z tego powodu smutku, jak nawet w ostatnich dwóch latach, lecz miałem poczucie spełnienia. Nie można jednak zapominać też o tym, że zmieniliśmy datę, toteż porozmawialiśmy w rodzinnym gronie o naszych tegorocznych planach (a trochę ich jest) i powspominaliśmy stare dzieje. Przed pierwszą zadzwoniłem do znajomych piromaniaków, aby zapytać o wstępne wrażenia, a później, po umyciu się, oglądałem jeszcze końcówki telewizyjnych koncertów. Kiedy tylko zamykałem oczy, nadal widziałem przed sobą lecące ku niebu i rozbijające się komety… Byłem wypełniony energią, aż nagle, po drugiej w nocy, zaczął morzyć mnie sen. Nie czekałem już na pokaz w Rio de Janeiro, który obiecałem sobie obejrzeć za dnia, po czym poszedłem spać. Kiedy o trzeciej w nocy spojrzałem ostatni raz przed okno, zobaczyłem kładącego się spać Oriona. To gwiazdozbiór zimowy, który o tej porze, mimo że dopiero zaczyna się styczeń, zaczyna już robić miejsce konstelacjom wiosennym; tak jakby chciał przekazać, że czas do wiosny zleci nam w okamgnieniu (w sumie nie wiem czy tego chcę, bo matura). W tym samym czasie, o trzeciej, usłyszałem ostatnią wyrzutnię, i zapadłem w sześciogodzinny sen – coś zasłużonego po dniu pełnym wrażeń. Miałem prawo być trochę zmęczony, bo według aplikacji mierzącej moją aktywność fizyczną, 31 grudnia ubiegłego roku zrobiłem 23685 kroków (dla porównania, rok wcześniej było ich „tylko” trochę ponad 16 tysięcy). Tak jednak należało zwieńczyć bardzo aktywny fizycznie rok. Sylwester był już zamkniętą kartą, owa karta była jednak niczym baśń, która na zawsze zostanie w pamięci jako coś magicznego. Czy to był najlepszy Sylwester? Myślę, że mimo niemiłego incydentu tak. Spełniłem kilka pirotechnicznych marzeń, o niczym nie zapomniałem, zrobiłem wszystko co zaplanowałem, i przede wszystkim – dobrze się bawiłem. Bo chyba na tym każdemu z nas zależy najbardziej… Mam nadzieję że dzięki tej relacji poczuliście choć małą cząstkę niezwykłego klimatu tego wyjątkowego dnia. Serdecznie pozdrawiam w szczególności niezastąpionego i jedynego w swoim rodzaju Piotrka (piropiotr223), dzięki któremu ten dzień był zdecydowanie lepszy i przyjemniejszy niż przy każdych innych okolicznościach, no i bardzo mi pomógł w zdobywaniu swojego arsenału przez cały rok, Mpiego za przegonienie deszczowych chmur i Was wszystkich J Jednocześnie przepraszam za zaśmiecenie forum. Capodanno (Piotrek) 5 stycznia 2018 roku, godzina 22 Premierę na forum planuję na listopad
×